środa, 11 września 2013

Szczęście to rzecz względna



Tytuł: Szczęście to rzecz względna.
Rozdział: 1/2
Paring: Chen/Kai, Tao/Kai (w drugiej części).
Gatunek: Romans, Szkolne Życie.
Ostrzeżenia: Scena +18, przekleństwa i chyba tyle.
Paplanie autorki: To opko zostało napisane na prośbę mojej przyjaciółki. To ona wymyśliła fabułę, ja tylko  przelałam to na Word’a. Więc, dedykuje tego one shota mojej Gege~

Przepychałem się przez zatłoczony korytarz szkolny, by w końcu wyjść na szkolny dziedziniec i odetchnąć świeżym powietrzem. Co jak co, ale to w tym momencie było jak zbawienie. No wyobraźcie sobie: Jest upał, mimo że mamy szkolny ogród, większość uczniów siedzi w szkole, od połowy chłopaków jedzie potem na kilometr, a od dziewczyn tymi wszystkimi perfumami, co daje niemiłą mieszankę, w szczególności dla mojego czułego węchu. Szedłem po żywo zielonej szkolnej murawie, mijając mądrzejszą część uczniów tej szkoły, która korzysta z praw uczniowskich, jak tylko może. Usiadłem pod jakimś drzewem i przymknąłem powieki. Jeszcze tylko dwie lekcje i wrócę do domu. Choć nie wiem co jest gorsze, siedzenie w szkole czy użeranie się z pijanymi rodzicami? Przemknąłem wzrokiem po jednej z grupek uczniów, a dokładniej po szkolnej elicie, do której należą dziane głąby z rozdętym ego. Jeden z nich pokazał na mnie palcem, mówiąc coś do drugiego. Chyba do Chena… Tak, tak się chyba nazywał. Po chwili wybuchli śmiechem. Tak, na pewno jestem tematem do niezłych żartów. Zamknąłem oczy i starałem się nie zwracać na nich uwagi. Siedziałem tak przez jakiś czas, dokupi nie poczułem czyjejś dłoni na ramieniu, która jednym silnym ruchem podniosła mnie do pionu. Otworzyłem oczy i ujrzałem przed sobą Chena. Uśmiechnął się przyjaźnie i poprawił mi rękaw mundurka, za który mnie podniósł.
- Wybacz, że tak brutalnie… - Zachichotał i zabrał swoją rękę z mojego barku. – Jesteś Kim Jongin, nie?
Nie, czerwony kapturek, nie widać? Hopsam sobie po lesie w miniówce z bimbrem w koszyczku! Wziąłem wdech i starałem się uspokoić. Tak, jeszcze przed chwilą się ze mnie nabijał, a teraz sobie na pogaduchy przylazł. Ech, jak ja nie cierpię takich głąbów.
- Tak, ale większość mówi mi Kai. A ty jesteś Kim ‘Chen’ Jongdae.
- O, widzę że jestem sławny! Chcesz może autograf? – Puścił mi oczko i znowu zachichotał. – Żartuje. Chciałem Cie o coś poprosić…
O co ten troll może mnie prosić? Z tego co mi się zdaje, ma wszystko. Pieniądze, dobre oceny, grupkę przyjaciół, stadko fanek zakochanych w nim po uszy. To czego chce kurwa ode mnie?
- O co? – Powiedziałem bez emocji, patrząc mu prosto w oczy.
- Mógłbyś na chwilkę ze mną iść? To ważne…
- No, dobra. Ale tylko na chwilę, bo zaraz przerwa się kończy, a nie chcę się przez Ciebie spóźnić. – Za nim dokończyłem już ciągnął mnie w stronę budynku szkolnego. Przeszliśmy przez zatłoczony korytarz na drugi koniec szkoły i weszliśmy do łazienki. Chen puścił moją dłoń, bo za nią mnie ciągnął, i kazał poczekać. Zaglądał do każdej kabiny i sprawdzał czy ktoś tam jest. Gdy upewnił się że jesteśmy tu sami, stanął przede mną i przestał się uśmiechać. – To o co chodzi? Chcesz żebym Cie trzymał za rączkę, jak będziesz srał? Nie mam całe-…
Nie mogłem dokończyć, bo ten debil rzucił się na mnie i zaczął całować. Z całych sił odepchnąłem go od siebie i już miałem zamiar uciec stamtąd, ale gdy znalazłem się już przy drzwiach złapał mnie za nadgarstek i uderzył mną o ścianę. Jęknąłem i osunąłem się po niej. Mimo że jest ode mnie trochę niższy, to ma więcej siły niż ja.
- Tak się kurwa, bawić nie będziemy. – Warknął i kopnął mnie dosyć mocno w udo. Ugryzłem się w dolną wargę, starając się nie zacząć drzeć ryja, lub rozpłakać. Jeszcze tego by brakowało żeby zleciały się jakieś gapie i żeby mieli się z czego pośmiać. Chce mieć jeszcze jakieś życie w tej szkole, wystarczy mi że już i tak mam od cholery wrogów, którzy starają się uprzykrzyć mi życie. Jongdae chwycił mnie za koszulę, podniósł, a potem wepchnął do pierwszej lepszej kabiny, po czym sam do niej wszedł i zamknął nas na klucz.
- Wypuść mnie kurwa! – Rozkazałem i wstałem z muszli klozetowej, na której wylądowałem. Starałem się wyminąć starszego, ale znów mnie popchnął.
- Wypuszczę, ale jak mi się zachce. – Warknął i przywarł do moich ust w brutalnym pocałunku. Wdarł się swoim językiem do moich ust i zaczął badać ich wnętrze. Gdy już zbadał moją jamę ustną zaczął gryźć moją dolną wargę. Jęknąłem cicho gdy zaczęła się z niej lać krew. Kiedy jego zęby tak natarczywie maltretowały moje usta, jego ręce zaczęły wędrować pod moją koszule. Chen zlizał czerwoną ciecz z mojej brody i spojrzał mi w oczy, a na jego twarzy pojawił się kpiący uśmieszek. – I tak lepiej. Jeśli będziesz taki grzeczny i nie będziesz się stawiał, szybciej skończymy.
Przełknąłem głośno ślinę. Z moją zgodą, czy też bez niej i tak zrobi co chce zrobić, więc po co się stawiać? Nie chce zostać rozdziewiczony! Nie w taki sposób, w takim miejscu i z tą osobą! Zaraz, ja w ogóle nie powinienem chcieć być rozdziewiczony! Powinienem chyba iść do psychologa, lub psychiatry. Tak, to powinien być dobry pomysł, ale najpierw muszę się wydostać z tej pieprzonej kabiny. Chen wyciągnął łapska spod mojej koszuli i zaczął ją bezczelnie rozpinać. Chwyciłem jego ręce, żeby go powstrzymać. Widać było że mu się to nie spodobało, bo zmarszczył swoje cienkie brwi, a jego usta wykrzywiły się w grymasie niezadowolenia. Oj, to mam chyba przesrane. Chytry uśmiech pokazał się na twarzy Jongdae. W jednej chwili cały ciężar jego ciała opadł na mnie, a jego kolano wylądowało na moim przyrodzeniu. Zacząłem cicho jęczeć czując, jak porusza nim, to w przód, to w tył. Spojrzałem na jego twarz i ujrzałem chorą satysfakcje. Miło.
- Czyli, jednak Ci dobrze? – Zapytał naiwnym i przesłodzonym głosikiem. Już miałem odpowiedzieć, ale z moich ust wydobył się tylko jęk, spowodowany ugryzieniem w ucho. Chen wyrwał swoje ręce z mojego uścisku i jednym pociągnięciem urwał wszystkie guziki mojej koszuli. Po chwili krawat, który wisiał na mojej szyi znalazł się w jego dłoniach. Kolejny chytry uśmiech wstąpił na jego usta. Zszedł ze mnie i podniósł, do razu przygwoździł mnie twarzą do ściany opierając swój ciężar na mnie. Chwycił moje nadgarstki i mocno związał za plecami krawatem.- Teraz już nie będziesz się tak stawiał, co?
- Puszczaj mnie! – Zawyłem błagalnie czując, jak jego ręka zmierza w stronę mojej klatki piersiowej. Jego palce zaczęły robić kółeczka wokół mojego sutka, co jakiś czas go trącając. Czując to z moich ust wydobył się kolejny jęk. Starałem się tego nie robić, ale nie dawałem rady. Jongdae zassał się na moim barku i zrobił na nim malinkę, przez co stęknąłem cały się rumieniąc. Zrobił językiem wokół niej (malinki) kółko po czym przeszedł nim na szyje, w którą mnie ugryzł. – Przest… Ah!
- Seksownie jęczysz. – Mruknął mi w plecy, a jego lewa ręka zaczęła zjeżdżać po moim kręgosłupie, przez co przeszedł mnie dreszcz. Nagle jego palce zjechały do samych spodni i zatrzymały się na nich. – Koniec zabawy.
Ręce Chena zaczęły majstrować przy moim pasku. Po kilku sekundach odpiął go i ściągnął mi spodnie z bioder. Oblałem się większym rumieńcem i zacisnąłem powieki. Chciałem, żeby to wszystko się skończyło. Chciałem się obudzić z tego koszmarnego snu i poczuć się bezpiecznie. Chen najechał swoją ręką na moje krocze i mruknął zadowolony, czując pod palcami że mi stanął. Jęknąłem i oparłem czoło o pokrytą kafelkami ścianę.
- Czyli jednak Cie podnieciłem, hmm? – Zaćwierkał rozradowany i trochę się ode mnie odsunął. Już myślałem, że to koniec, więc lekko odwróciłem głowę w jego stronę i ujrzałem że sam zaczął ściągać spodnie. Wzdrygnąłem się, a przez moje ciało przeszedł okropny dreszcz strachu. Poczułem się słabo, nogi pode mną zmiękły, a ja sam dostałem zawrotów głowy. – Ojej, mojemu małemu Kaiowi nóżki zmiękły? Oj, niedobrze…

Przesłodzony ton Chena odbijał się głuchym echem w mojej głowie. Robiło mi się od tego jeszcze gorzej. Żołądek podjechał mi do gardła i ledwo powstrzymywałem wymioty. To nie czas na rzyganie! On mnie zaraz przerżnie,  a ja ze strachu będę zwracał posiłek, oczywiście. Poczułem rękę Jongdae na swoim ramieniu, która pociągnęła mnie na podłogę. Opadłem tuż przed nim, boleśnie tłukąc sobie przy tym tyłek. Od tej pory wszystko działo się tak szybko, że nawet nie zauważyłem kiedy pozbył się mojej i swojej bielizny, a ja wylądowałem na jego kolanach. Chwycił mnie za biodra i dzięki jednemu energicznemu ruchowi wszedł we mnie. Wydarłbym się na całe gardło gdyby nie zaborcze usta Chena przylegające do moich. Zaczął powoli się we mnie poruszać, a ja jęczałem w jego usta tracąc przy tym cały oddech. Oderwałem się od jego ust odchylając głowę do tyłu i łapiąc oddech. Nie mogłem się jednak długo nacieszyć dopływem powietrza do płuc, bo mój gwałciciel, bo inaczej go nazwać nie mogę, przyciągnął mnie za głowę do kolejnego długiego pocałunku przyspieszając przy tym. Powoli rozdzierający ból mijał, a zastępowała go chora przyjemność, co mnie przerażało. Zaczynałem odczuwać mrowienie w podbrzuszu. Kilka szybszych i energicznych pchnięć i oboje doszliśmy w podobnym czasie. Po chwili wyszedł ze mnie i zepchnął na ziemie. Pośpiesznie się ubrał, po czym rozwiązał mi ręce i zostawił samego w łazience. Siedziałem przez chwile bez ruchu myśląc o tym co się przed chwilą stało. To było chore… Takie rzeczy dzieją się tylko w jakiś głupich seria likach kryminalnych, a nie w życiu. Powoli ubrałem się w szkolny mundurek i ulotniłem się ze szkoły, tak by nikt mnie nie widział. Nie miałem ochoty z nikim gadać i udawać że nic się nie stało. Wyszedłem wyjściem ewakuacyjnym i ruszyłem przed siebie.

1 komentarz:

  1. Whooaaaa... to jest takie ekstra. Boże jestem dziwna. JAra mnie to że mi zgwacii biasa. Pisz daej nooo!!!

    OdpowiedzUsuń