Tytuł: Szczęście to rzecz względna.
Rozdział: 1/2
Paring: Chen/Kai, Tao/Kai (w drugiej części).
Gatunek: Romans, Szkolne Życie.
Ostrzeżenia: Scena +18, przekleństwa
i chyba tyle.
Paplanie autorki: To opko zostało napisane na prośbę mojej przyjaciółki. To ona wymyśliła fabułę, ja tylko przelałam to na Word’a. Więc, dedykuje tego
one shota mojej Gege~
Przepychałem się przez zatłoczony
korytarz szkolny, by w końcu wyjść na szkolny dziedziniec i odetchnąć świeżym
powietrzem. Co jak co, ale to w tym momencie było jak zbawienie. No wyobraźcie
sobie: Jest upał, mimo że mamy szkolny ogród, większość uczniów siedzi w
szkole, od połowy chłopaków jedzie potem na kilometr, a od dziewczyn tymi
wszystkimi perfumami, co daje niemiłą mieszankę, w szczególności dla mojego
czułego węchu. Szedłem po żywo zielonej szkolnej murawie, mijając mądrzejszą część
uczniów tej szkoły, która korzysta z praw uczniowskich, jak tylko może.
Usiadłem pod jakimś drzewem i przymknąłem powieki. Jeszcze tylko dwie lekcje i
wrócę do domu. Choć nie wiem co jest gorsze, siedzenie w szkole czy użeranie
się z pijanymi rodzicami? Przemknąłem wzrokiem po jednej z grupek uczniów, a
dokładniej po szkolnej elicie, do której należą dziane głąby z rozdętym ego.
Jeden z nich pokazał na mnie palcem, mówiąc coś do drugiego. Chyba do Chena…
Tak, tak się chyba nazywał. Po chwili wybuchli śmiechem. Tak, na pewno jestem
tematem do niezłych żartów. Zamknąłem oczy i starałem się nie zwracać na nich
uwagi. Siedziałem tak przez jakiś czas, dokupi nie poczułem czyjejś dłoni na
ramieniu, która jednym silnym ruchem podniosła mnie do pionu. Otworzyłem oczy i
ujrzałem przed sobą Chena. Uśmiechnął się przyjaźnie i poprawił mi rękaw
mundurka, za który mnie podniósł.
- Wybacz, że tak brutalnie… -
Zachichotał i zabrał swoją rękę z mojego barku. – Jesteś Kim Jongin, nie?
Nie, czerwony kapturek, nie widać?
Hopsam sobie po lesie w miniówce z bimbrem w koszyczku! Wziąłem wdech i
starałem się uspokoić. Tak, jeszcze przed chwilą się ze mnie nabijał, a teraz
sobie na pogaduchy przylazł. Ech, jak ja nie cierpię takich głąbów.
- Tak, ale większość mówi mi Kai. A
ty jesteś Kim ‘Chen’ Jongdae.
- O, widzę że jestem sławny! Chcesz
może autograf? – Puścił mi oczko i znowu zachichotał. – Żartuje. Chciałem Cie o
coś poprosić…
O co ten troll może mnie prosić? Z
tego co mi się zdaje, ma wszystko. Pieniądze, dobre oceny, grupkę przyjaciół, stadko
fanek zakochanych w nim po uszy. To czego chce kurwa ode mnie?
- O co? – Powiedziałem bez emocji,
patrząc mu prosto w oczy.
- Mógłbyś na chwilkę ze mną iść? To
ważne…
- No, dobra. Ale tylko na chwilę, bo
zaraz przerwa się kończy, a nie chcę się przez Ciebie spóźnić. – Za nim
dokończyłem już ciągnął mnie w stronę budynku szkolnego. Przeszliśmy przez
zatłoczony korytarz na drugi koniec szkoły i weszliśmy do łazienki. Chen puścił
moją dłoń, bo za nią mnie ciągnął, i kazał poczekać. Zaglądał do każdej kabiny
i sprawdzał czy ktoś tam jest. Gdy upewnił się że jesteśmy tu sami, stanął
przede mną i przestał się uśmiechać. – To o co chodzi? Chcesz żebym Cie trzymał
za rączkę, jak będziesz srał? Nie mam całe-…
Nie mogłem dokończyć, bo ten debil
rzucił się na mnie i zaczął całować. Z całych sił odepchnąłem go od siebie i
już miałem zamiar uciec stamtąd, ale gdy znalazłem się już przy drzwiach złapał
mnie za nadgarstek i uderzył mną o ścianę. Jęknąłem i osunąłem się po niej.
Mimo że jest ode mnie trochę niższy, to ma więcej siły niż ja.
- Tak się kurwa, bawić nie
będziemy. – Warknął i kopnął mnie dosyć mocno w udo. Ugryzłem się w dolną
wargę, starając się nie zacząć drzeć ryja, lub rozpłakać. Jeszcze tego by
brakowało żeby zleciały się jakieś gapie i żeby mieli się z czego pośmiać. Chce
mieć jeszcze jakieś życie w tej szkole, wystarczy mi że już i tak mam od
cholery wrogów, którzy starają się uprzykrzyć mi życie. Jongdae chwycił mnie za
koszulę, podniósł, a potem wepchnął do pierwszej lepszej kabiny, po czym sam do
niej wszedł i zamknął nas na klucz.
- Wypuść mnie kurwa! –
Rozkazałem i wstałem z muszli klozetowej, na której wylądowałem. Starałem się
wyminąć starszego, ale znów mnie popchnął.
- Wypuszczę, ale jak mi się
zachce. – Warknął i przywarł do moich ust w brutalnym pocałunku. Wdarł się
swoim językiem do moich ust i zaczął badać ich wnętrze. Gdy już zbadał moją
jamę ustną zaczął gryźć moją dolną wargę. Jęknąłem cicho gdy zaczęła się z niej
lać krew. Kiedy jego zęby tak natarczywie maltretowały moje usta, jego ręce
zaczęły wędrować pod moją koszule. Chen zlizał czerwoną ciecz z mojej brody i
spojrzał mi w oczy, a na jego twarzy pojawił się kpiący uśmieszek. – I tak
lepiej. Jeśli będziesz taki grzeczny i nie będziesz się stawiał, szybciej skończymy.
Przełknąłem głośno ślinę. Z
moją zgodą, czy też bez niej i tak zrobi co chce zrobić, więc po co się
stawiać? Nie chce zostać rozdziewiczony! Nie w taki sposób, w takim miejscu i z
tą osobą! Zaraz, ja w ogóle nie powinienem chcieć być rozdziewiczony!
Powinienem chyba iść do psychologa, lub psychiatry. Tak, to powinien być dobry
pomysł, ale najpierw muszę się wydostać z tej pieprzonej kabiny. Chen wyciągnął
łapska spod mojej koszuli i zaczął ją bezczelnie rozpinać. Chwyciłem jego ręce,
żeby go powstrzymać. Widać było że mu się to nie spodobało, bo zmarszczył swoje
cienkie brwi, a jego usta wykrzywiły się w grymasie niezadowolenia. Oj, to mam
chyba przesrane. Chytry uśmiech pokazał się na twarzy Jongdae. W jednej chwili
cały ciężar jego ciała opadł na mnie, a jego kolano wylądowało na moim
przyrodzeniu. Zacząłem cicho jęczeć czując, jak porusza nim, to w przód, to w
tył. Spojrzałem na jego twarz i ujrzałem chorą satysfakcje. Miło.
- Czyli, jednak Ci dobrze? –
Zapytał naiwnym i przesłodzonym głosikiem. Już miałem odpowiedzieć, ale z moich
ust wydobył się tylko jęk, spowodowany ugryzieniem w ucho. Chen wyrwał swoje
ręce z mojego uścisku i jednym pociągnięciem urwał wszystkie guziki mojej
koszuli. Po chwili krawat, który wisiał na mojej szyi znalazł się w jego
dłoniach. Kolejny chytry uśmiech wstąpił na jego usta. Zszedł ze mnie i
podniósł, do razu przygwoździł mnie twarzą do ściany opierając swój ciężar na
mnie. Chwycił moje nadgarstki i mocno związał za plecami krawatem.- Teraz już
nie będziesz się tak stawiał, co?
- Puszczaj mnie! – Zawyłem
błagalnie czując, jak jego ręka zmierza w stronę mojej klatki piersiowej. Jego
palce zaczęły robić kółeczka wokół mojego sutka, co jakiś czas go trącając.
Czując to z moich ust wydobył się kolejny jęk. Starałem się tego nie robić, ale
nie dawałem rady. Jongdae zassał się na moim barku i zrobił na nim malinkę,
przez co stęknąłem cały się rumieniąc. Zrobił językiem wokół niej (malinki)
kółko po czym przeszedł nim na szyje, w którą mnie ugryzł. – Przest… Ah!
- Seksownie jęczysz. –
Mruknął mi w plecy, a jego lewa ręka zaczęła zjeżdżać po moim kręgosłupie,
przez co przeszedł mnie dreszcz. Nagle jego palce zjechały do samych spodni i
zatrzymały się na nich. – Koniec zabawy.
Ręce Chena zaczęły
majstrować przy moim pasku. Po kilku sekundach odpiął go i ściągnął mi spodnie
z bioder. Oblałem się większym rumieńcem i zacisnąłem powieki. Chciałem, żeby
to wszystko się skończyło. Chciałem się obudzić z tego koszmarnego snu i poczuć
się bezpiecznie. Chen najechał swoją ręką na moje krocze i mruknął zadowolony, czując
pod palcami że mi stanął. Jęknąłem i oparłem czoło o pokrytą kafelkami ścianę.
- Czyli jednak Cie
podnieciłem, hmm? – Zaćwierkał rozradowany i trochę się ode mnie odsunął. Już
myślałem, że to koniec, więc lekko odwróciłem głowę w jego stronę i ujrzałem że
sam zaczął ściągać spodnie. Wzdrygnąłem się, a przez moje ciało przeszedł
okropny dreszcz strachu. Poczułem się słabo, nogi pode mną zmiękły, a ja sam
dostałem zawrotów głowy. – Ojej, mojemu małemu Kaiowi nóżki zmiękły? Oj,
niedobrze…
Przesłodzony ton Chena
odbijał się głuchym echem w mojej głowie. Robiło mi się od tego jeszcze gorzej.
Żołądek podjechał mi do gardła i ledwo powstrzymywałem wymioty. To nie czas na
rzyganie! On mnie zaraz przerżnie, a ja
ze strachu będę zwracał posiłek, oczywiście. Poczułem rękę Jongdae na swoim
ramieniu, która pociągnęła mnie na podłogę. Opadłem tuż przed nim, boleśnie
tłukąc sobie przy tym tyłek. Od tej pory wszystko działo się tak szybko, że
nawet nie zauważyłem kiedy pozbył się mojej i swojej bielizny, a ja wylądowałem
na jego kolanach. Chwycił mnie za biodra i dzięki jednemu energicznemu ruchowi
wszedł we mnie. Wydarłbym się na całe gardło gdyby nie zaborcze usta Chena
przylegające do moich. Zaczął powoli się we mnie poruszać, a ja jęczałem w jego
usta tracąc przy tym cały oddech. Oderwałem się od jego ust odchylając głowę do
tyłu i łapiąc oddech. Nie mogłem się jednak długo nacieszyć dopływem powietrza
do płuc, bo mój gwałciciel, bo inaczej go nazwać nie mogę, przyciągnął mnie za
głowę do kolejnego długiego pocałunku przyspieszając przy tym. Powoli
rozdzierający ból mijał, a zastępowała go chora przyjemność, co mnie
przerażało. Zaczynałem odczuwać mrowienie w podbrzuszu. Kilka szybszych i
energicznych pchnięć i oboje doszliśmy w podobnym czasie. Po chwili wyszedł ze
mnie i zepchnął na ziemie. Pośpiesznie się ubrał, po czym rozwiązał mi ręce i
zostawił samego w łazience. Siedziałem przez chwile bez ruchu myśląc o tym co
się przed chwilą stało. To było chore… Takie rzeczy dzieją się tylko w jakiś
głupich seria likach kryminalnych, a nie w życiu. Powoli ubrałem się w szkolny
mundurek i ulotniłem się ze szkoły, tak by nikt mnie nie widział. Nie miałem
ochoty z nikim gadać i udawać że nic się nie stało. Wyszedłem wyjściem
ewakuacyjnym i ruszyłem przed siebie.

Whooaaaa... to jest takie ekstra. Boże jestem dziwna. JAra mnie to że mi zgwacii biasa. Pisz daej nooo!!!
OdpowiedzUsuń